Jakże ja tu chętnie wracam. Do stolicy Serbii chętnie wraca każdy prawdziwy kibic basketu. Jeszcze nigdy cię tam nie było? Planuj wyjazd – czym prędzej!
We wciąż trwających rozgrywkach 2025/2026 koszykówkę w Beogradzkiej Arenie oglądałam z perspektywy:
– ultraski na sektorze Partizanie
– popcorna w meczu Zvezdy
– dziennikarki na Zvezdzie
– gościa VIP tuż za ławką rezerwowych Partizana
Jak najlepiej? Nie ma sensu szukać odpowiedzi na pytanie. Belgradzka hala wypełniona ponad 20 tysiącami kibiców z nawiązką oddaje każdy jeden wieczór w niej spędzony. Fani obu klubów dzielą stołeczny obiekt. Leją się, wyzywają i nienawidzą. Szczerze.
Chyba że gra Matka Serbia. Wtedy – dla największej sprawy – są w stanie się natychmiast, choć tylko na chwilę złączyć we wspólnej dumie.
Arena pęka w szwach.
Ba, Beogradzka generalnie pęka.
Przez wiele lat sama pracowałam w podobnie wielkim obiekcie. Za mną dziesiątki projektów inwestycyjnych, wymogów sponsoringowych, adaptacji proklienckich czy realizacji prosprzedażowych. W Belgradzie wygląda to tak, jakby nic z tego nigdy nikogo nie interesowało.
W korytarzu prowadzącym na konferencję ze ściany odklejają się reklamy marki Štark – najpopularniejszego serbskiego wytwórcy słodyczy. To firma, która już od dwóch lat nie jest sponsorem tytularnym hali. Ale dalej liczyć może na swój branding.
W mixed zonie tynk odpada ze ścian.
Kioski gastronomiczne nie oferują prawie nic. Piwa do 3,5 proc też nie. W hali, a także 500 metrów wokół niej podczas meczów i po ich zakończeniu nie można kupować alkoholu.
Za to wszędzie można jarać. Ostentacyjnie. Na trybunie i w punktach gastronomicznych. Nawet jeśli jesteś ich pracownikiem. Dym papierosowy zabija zapachy dzieciństwa – popcornu i maści Bengay. Ale i tak kibic koszykówki oddycha w tych oparach sportowych historii pełną piersią!
W tym sezonie nowe historie w Belgradzie piszą się same. W obu zwaśnionych stołecznych klubach mamy swoich znajomych – takiego z dawnych lat i stosunkowo niedawnego, wciąż młodego i perspektywicznego. Odgrywają podobne role w Czerwonej Gwieździe i w Partizanie – Donatas Motiejunas i Aleksa Radanov.

To sezon szczególny, bo do Zvezdy wrócił Sasa Obradovic, a z Partizana odszedł Zeljko Obradovic. Panów, jak nietrudno zauważyć, łączy nazwisko. W obu przypadkach są też absolutnymi legendami swoich klubów i odcisnęli na nich piętno także w tym sezonie.
Zvezda wciąż ma na ławce swoją legendę. Obradovic swego czasu nie poradził sobie w PLK i po 10 kolejkach w 2009 roku został zwolniony przez PGE Turów Zgorzelec, którego składu podobno nawet wtedy nie budował. W Eurolidze radzi sobie wyśmienicie. Doświadczenie zawodnicze zbierał, zdobywając złoto z reprezentacją Jugosławii na trzech EuroBasketach i jednych mistrzostwach świata. Ówczesna Jugosławia była już mocno okrojona – reprezentowali ją Serbowie i Czarnogórcy, ale w 1998 wciąż była najlepsza. W finale tamtego mundialu Sasa zagrał 31 minut. Jako selekcjoner prowadził go wtedy… Zeljko Obradović.
O Sasy Obradoviciu jako mentorze w samych superlatywach po wspólnym graniu w Kolonii wypowiadał się najlepszy polski koszykarz XXI wieku. Marcin Gortat wspominał go jako człowieka, który pomógł mu rozwinąć się nie tylko jako sportowcowi.
Biało-czerwoni kibice Crveny Zvezdy uwielbiają swojego Sasę. Te barwy reprezentował jeszcze w latach 80. Potem do Belgradu wracał w 1994, w 1999… Ostatnio wrócił rok temu – z Monako. Zabrał ze sobą Motiejunasa, który miał za zadanie wzmocnić strefę podkoszową po tym jak przez kontuzje na początku tego sezonu z gry wypadł Joel Bolomboy. Zrobił swoją robotę i teraz częściej zabezpiecza tyły ławki.
Zvezda jest w tym sezonie bardzo mocna i ma swojego MVP. Kluby z Belgradu zachwycają swoim anturażem do tego stopnia, że zagraniczni zawodnicy – jak na neofitów przystało – fiksują się na ich punkcie bardziej niż najstarsi Serbowie. W tym sezonie niekwestionowanym ulubieńcem jest Nigeryjczyk z australijskim paszportem – Chima Moneke.
Cudowna postać!
Przygodę z zawodową koszykówką zaczynał w drugiej lidze francuskiej, zarabiając 2200 euro miesięcznie w klubie, który zwolnił go po 3 meczach. Dziś w Belgradzie sprzedawane są torty urodzinowe z jego wizerunkiem! Ma cieszynki na każdą trafioną w Eurolidze trójkę! Pomimo okrutnego zmęczenia, pozował z dziećmi długo po meczu Zvezda – Fenerbahce.
Ten mecz oglądałam z trybuny prasowej i miałam przyjemność krążyć po korytarzach zawodników jeszcze długo po meczu. Od razu mówię – to nie jest euroligowe Kowno, gdzie zaprowadzą cię do idealnie zaprojektowanej szatni albo wyprowadzą ci z niej na ściankę wybranego zawodnika. Pomogą z parkowaniem.
W Belgradzie dostałam maila, że jestem na liście i instrukcję, że mogę się przemieszczać „gdzie tylko potrzebuję„.
Bez plakietki albo jakiejś opaski wydawało mi się to wyzwaniem, ale okazało się, że nic bardziej błędnego. Siedzący obok mnie Stefan wszystko mi pokazał, a że nie palił jednego za drugim to bardzo szybko zyskał koleżankę-Polkę.
Tak więc krążę, nagrywam, rozmawiam i nagle wychodzi Chima! 21 punkcików, 4/7 za trzy! EVAL 20! Zmęczony tłumaczy, że nie dziś, że pada, że zaraz ktoś z nami – dziennikarzami – porozmawia. Ale dzieciom wyczekującym podpisów nie odmawia. Pozuje z nimi jeszcze długo później, gdy ja już opuszczam korytarz. Co za gość.
Neofici w Belgradzie tacy są! Podobnie było w przypadku Mathiasa Lessorta, który odchodząc z Partizana do Panathinaikosu Ateny mówił:
– To nie było tak, że ja przez półtora roku grałem dla Partizana. Ja przez półtora roku żyłem Partizanem.
Podobnie było w przypadku Kevina Puntera, którego wspominam w niejednej belgradzkiej rozmowie, bo przecież jego radomski epizod pod okiem trenera Kamińskiego promować nawet nie tyle należy, co trzeba!
Obecnie Partizan ma swojego Carlika Jonesa. Ten facet w czarno-białych barwach to też absolutny hit! Wypatrzony i wyczekany przez Zeljko kontrakt z Partizanem podpisał raptem kilka dni zanim w reprezentacji Sudanu Południowego – ze znanym z boisk PLK kolegą Nunim! – w meczu z amerykańskim Dream Teamem 2024 zrobił triple-double. Pewnie gdyby wtedy nie podpisał, później dla Partizana mogłoby być za późno. Każdy kibic Partizana liczy się z tym, że po tym sezonie Carlika zatrzymać będzie bardzo trudno.
Póki co Jones jednak jest i punktuje jak szalony. Partizan wygrał 6 ostatnich meczów w Eurolidze, w tym czwartkowe derby ze Zvezdą. Carlik ma 183 centymetry wzrostu, ale w niczym mu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie! Jest fizolem, jak każda euroligowa gwiazda. To jak panuje nad sytuacją w newralgicznych momentach czy jak przewiduje boiskowe wydarzenia na pewno wyciągnął z blisko dwóch lat spędzonych z Zeljko. Do swojego wachlarza umiejętności co rusz dodaje nowości. W końcu jego zmiennikiem i kolegą z szatni jest Nick Calathes!
Żeljko Obradovicia już w Partizanie nie ma, bo tak zdecydował. Jednego dnia wstał i stwierdził, że już nie wytrzyma. Mniej więcej w tym samym czasie zrobiłam to samo, z tym, że dla mnie Belgrad był ratunkiem, a dla swojej legendy miarką, która się przebrała.
Powody rezygnacji Żeljko z pełnym zrozumieniem przyjął każdy grabarz (grobari to przezwisko kibiców Partizana – przyp. red.), lecz nie każdy chciał się z tą decyzją pogodzić. Po 11 porażkach na samym początku tego sezonu Żeljko ogłosił swoją decyzję 26 listopada 2025 – po kolejnej wyjazdowej przegranej w Eurolidze. Dzień później na lotnisku w Belgradzie 5 000 kibiców prosiło swoimi śpiewami ze łzami w oczach, żeby ich nie zostawiał.
Zostawił, bo jak powiedział na specjalnie zwołanej na tę okazję konferencji prasowej, nie było innego wyjścia. Jak każdy szczery i oddany swojej robocie trener – wziął winę za wyniki na siebie. Opowiedział też o swoim wypaleniu. O zmęczeniu fizycznym i psychicznym. Wypunktował też zarządców swojego klubu, którzy w oczach Obradovicia (i każdego kibica) za mocno ingerują w decyzje kadrowo-sportowe, a z drugiej strony wysyłają drużynę zwykłymi liniami z biletami ekonomicznymi na kolejne euroligowe trasy, co generuje potężne zmęczenie.
Wyobraź sobie, że twoim trenerem jest Zeljko Obradović, masz po swojej stronie dziesiątki tysięcy doskonałych kibiców, ale postanawiasz przyoszczędzić na samolotach. Zaczynasz też układać się z agentami i wciskać mu zawodników, których nie potrzebuje.
Kpina.
Przed tym felernym 25 i 26 listopada byłam w Beogradzkiej Arenie na ostatnim wygranym meczu Partizana w Eurolidze z Obradoviciem jako head coachem. Padło Monako Mike’a Jamesa. Reszta to już historia. I chyba historią miała zostać, bo to, co z Partizanem w ostatnich kolejkach wyczynia hiszpański trener Joana Penarroya to zupełnie nowe rozdanie i klimat, który pozwala Grobari na nowo walczyć na trybunach o swoje racje. Nagle wtóruje im doskonale grająca drużyna. Są absolutnie znakomici i stanowią prawdziwą drużynę właśnie. Na boisku i poza nim.
Prezes Partizana Ostoja Mijailovic nie pojawia się na meczach. Odciął ultrasów od darmowych biletów. Z pierwszej ręki słyszę, że na takiej wojnie z Grobari nie był jeszcze nikt. Oczywiście, jak wszędzie, są podgrupki, które udało się skorumpować, a że Ostoja lubi się z serbską władzą, na której korupcję od miesięcy uwagę zwracają protestujący studenci, to – jak Partizan Penarroyi w koszykówkę – on też potrafi grać w swoją grę.
Za pasem ostatnie kolejki Euroligi i playoff ABA, czyli najlepszy możliwy moment, żeby spakować się i ruszyć do Belgradu. Nie martwcie się o bilety. Beogradska Arena pomieści każdego, kto chce poczuć ten klimat na własnej skórze. Nie będzie tu sterylnych korytarzy i obrazków jak z marketingowego katalogu, ale to tam euroligowa koszykówka może wciąż malować najpiękniejsze sceny. Sama.
Pojedziecie do Belgradu, zbijecie piątkę z moimi Grobari. Z uznaniem pokiwacie głową, patrząc na oprawy czerwono-białych Delije. Może przy okazji złapiecie trochę dystansu do najbanalniejszych, antyserbskich narracji i na chwilę spróbujecie zrozumieć ich perspektywę.
W Belgradzie zawsze najecie się do syta – koszykówką, emocjami i miastem, które nigdy nie zawodzi!