– Wiedzieliśmy, że potrafimy grać, ale do tej pory nie potrafiliśmy wygrywać. Dzisiaj znaleźliśmy drogę do zwycięstwa – tak w krótkich słowach sensacyjny triumf swojego zespołu podsumował trener Śląska Ainars Bagatskis, który długo czekał na pierwszą wygraną drużyny w rundzie rewanżowej i jeszcze dłużej na zwycięstwo na parkiecie rywali.
Ale, ale – czy to rzeczywiście sensacja? Przecież tego jednego z faworytów do zwycięstwa całych rozgrywek EuroCup wrocławianie pokonali już po raz drugi w tym sezonie.
Łotewski szkoleniowiec może być z postawy swoich koszykarzy bardzo zadowolony, chociaż byłby zapewne jeszcze bardziej, gdyby mecz trwał nie 40, a 39 minut.
Ostatnie 59 sekund było bowiem popisem nieporadności jego drużyny, a jej akcje składały się wtedy głównie ze strat piłki przy wprowadzaniu jej do gry.
Tak było m.in. na dwie sekundy przed końcem, gdy Noah Kirkwood nie zdołał podać jej w czasie zza linii bocznej, chociaż tak naprawdę, przy prowadzeniu 82:80, wystarczyło ją po prostu wrzucić na parkiet w strefę obronną Bahcesehiru.
Na szczęście Malachi Flynn nie trafił rzutu, który dałby jego drużynie zwycięstwo.
Ufffff.
Śląsk na polowaniu
Końcówka spotkania zatem mogła wyglądać lepiej, a teraz już mało kto pamięta, że i początek był nienajlepszy. Swoją moc podkoszową wykorzystywał wtedy choćby potężny Trevon Williams, dzięki któremu gospodarze szybko objęli prowadzenie 8:2.
Dla tureckiej drużyny wtorkowy mecz był bardzo ważny, gdyż wciąż nie może być pewna bezpośredniego awansu do drugiej fazy EuroCupu.
Z kolei w jednej z pierwszych akcji Śląska Ajdin Penava postanowił sprawdzić, czy w wieku 59 lat trener Bagatskis wciąż jest na tyle rozciągnięty, że sięgnie dłońmi swoich kostek.
Wkrótce do roboty wzięli się jednak Kadre Gray i Stefan Djordjević, którzy wykorzystywali ułomności defensywne Flynna, a także Balsy Koprivicy.
Rzadko na tym poziomie zarobków w Europie – Amerykanin otrzymuje około 800-900 tysięcy USD, a mierzący 216 centymetrów środkowy może inkasować połowę tego – zdarzają się przykłady graczy, których aż tak bezkarnie można atakować.
Kanadyjczykowi grało się przeciwko byłemu zawodnikowi NBA tak łatwo, że nie tylko zdobył 19 punktów, ale rozdał również 10 asyst.
Kilka z nich wykorzystał Djordjević, który z Koprivicą radził sobie jednak także w sytuacjach jeden na jednego.
Ostatecznie Serb trafił 8 z 13 rzutów z gry i zakończył swój występ z dorobkiem 17 punktów, do których dołożył 7 zbiórek.
A gdy się rozkręcił, to nawet przeciwko Williamsowi był w stanie skutecznie punktować z okolic obręczy.
Złego miłe początki Kirkwooda i Urbaniaka
Do przerwy Śląsk prowadził 42:35, a Gray z Djordjeviciem zdobyli wspólnie 21 punktów.
W drugiej połowie każdy z wrocławskich graczy dołożył swoją cegiełkę do końcowej wygranej, mi szczególnie zaimponowali jednak Jakub Urbaniak i Noah Kirkwood.
Polski podkoszowy tradycyjnie rozpoczął mecz w wyjściowej piątce, ale z pierwszej części pamiętam z jego gry tylko trzy popełnione przewinienia.
W tego typu sytuacjach warto wyczyścić głowę w szatni i zacząć od małych rzeczy. Takich, jak sprint do kontrataku, odciągnięcie uwagi obrony i umożliwienie trafienia za 3 kolegom z zespołu – w tym przypadku Błażejowi Kulikowskiemu i Aleksandrowi Wiśniewskiemu.
Urbaniakowi udało się to wykonać w dwóch kolejnych akcjach, a rozdzielił je świetnym zachowaniem pod bronionym koszem.
W decydujących minutach meczu Urbaniakowi wciąż chciało się biegać i w czasie, gdy Śląsk miał duże problemy w ataku pozycyjnym, to właśnie jego punkty dały dodatkowy oddech drużynie.
Gospodarze wciąż jednak naciskali – między innymi z większym udziałem Mateusza Ponitki (9 punktów w 21 minut), jednak w ostatnich dwóch minutach, w dwóch kolejnych akcjach swoją przewagę fizyczną nad obwodowymi rywali świetnie wykorzystał Kirkwood.
Chociaż drugi z Kanadyjczyków rozpoczął spotkanie od 4 niecelnych rzutów, to zakończył je z 13 punktami, 5 zbiórkami i 3 asystami.
Mimo opisywanych wcześniej problemów w samej końcówce, Śląsk wygrał 82:80 i odniósł piąte zwycięstwo w tegorocznych rozgrywkach EuroCup.
Czy będzie ich sześć? Tego dowiemy się w kolejny wtorek, gdy 10 lutego, w meczu ostatniej kolejki rundy zasadniczej, wrocławianie podejmą Cedevitę Olimpiję Lublana.
Także w tym spotkaniu nie będą faworytami.
Liczymy zatem na kolejną niespodziankę.