Aleksandra Samborska: Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski w sezonie 2025/2026 to drużyna zbudowana za pięć dwunasta. Co zawodnik o tak dużej europejskiej renomie jak ty robi w PLK w klubie, który ostatnimi czasy słynął głównie z olbrzymich problemów organizacyjnych?!
Mareks Mejeris: Złożyło się na to kilka czynników, ale kluczowy był fakt, że nie podpisałem żadnego kontraktu przed EuroBasketem. Chciałem poczekać, ale przez mistrzostwa nie wykluło się nic, co by mnie w pełni zainteresowało, zatem trzeba było podjąć decyzję. Ważnym było dla mnie, żeby nie przeciągać w czasie startu sezonu. Nigdy w karierze tego nie robiłem, bo nie chciałem odwlekać treningów 5 na 5. Ostrów był najciekawszą opcją, bo potrzebowałem na nowo poczuć radość z koszykówki. Tej radości nie ma aż tyle, kiedy odgrywasz duże role w zespołach bijących się o wysokie cele. W zespołach mistrzowskich wygrywanie staje się dla ciebie normą, porażki traktujesz jak katastrofę. Lata lecą, a cała ta zabawa traci swój urok. Ja chciałem się w tym sezonie pouśmiechać i na nowo pocieszyć koszykówką. To robię. Do tego zresztą namawia mnie i całą drużynę trener Andrzej Urban.
W Ostrowie zresztą ciężko nie cieszyć się basketem! Lubię mniejsze miasta w takim koszykarskim klimacie. Widzę, że ludzie z trybuny za koszem to nie są po prostu kibice, którzy wpadają na siebie raz na dwa tygodnie przy okazji meczu. To społeczność, która żyje tym co się dzieje w koszykówce każdego dnia. Łączy ich basket i to się zawodnikom naprawdę udziela.
Jesteś uśmiechnięty, skoczny, zaangażowany w obronie. Nie każdy 35-latek może poszczycić się taką formą…
Wyskok to na pewno kwestia genów, a forma pewnie ma związek ze stylem gry, jaki preferuję – wolę tę bez piłki, raczej nie wybieram rozwiązań 1 na 1, które bywają kontuzjogenne. Tak gram przez całą karierę, więc nie narażam się na dodatkowy ból i mam siłę na pełne zaangażowanie!
Czyli nie masz wskazówek dla młodych graczy, jak dbać o swoje ciało?
Szczerze? Chyba nie. Te wszystkie lata na parkiecie nauczyły mnie jednego – prowadź się według tego, co ci służy. Grałem z doskonałymi koszykarzami, którzy prowadzili się jak mnisi i takimi, którzy szli na imprezę dzień przed ważnym meczem. Musisz znaleźć w tej koszykówce siebie i to, co ci najbardziej pomaga być dobrym zawodnikiem. Jeśli to zdrowe jedzenie, to właśnie tak jedz. Dużo ważniejsze niż to, czy śpisz 7 czy 8 godzin jest jednak to, czego dzieciakom brakuje dziś najbardziej – cel trenowania, sens w treningu, miłość do samej gry. To mnie nauczyło koszykówki. To i pasja do wygrywania – nienawidzę przegrywać w meczach. Ani w gierkach na treningach.
W planszówkach też nie!
Jest tyle ludzi, którzy kochają ten sport. Rozmawiamy i widzę, jak mocno kochasz tą dyscyplinę i jak bardzo nią żyjesz, a sama przyznajesz, że nie miałaś predyspozycji i siły, by ją uprawiać. No i jak to się ma do tych chłopaków, którzy fizycznie wszystko mają, ale brakuje im serca? O to w tym wszystkim najbardziej chodzi!
Tego uczysz swoich młodszych kolegów w barwach Stalówki? Wiem, że dużo czasu spędza z tobą nasz perspektywiczny skrzydłowy – Nikodem Czoska…
Tak i prawdę powiedziawszy uważam, że na tym etapie on zasługuje na więcej minut na boisku. Swoimi umiejętnościami na treningach wyłącznie to potwierdza, jest też szalenie pracowity. I ma ogromną czutkę do obrony.
Widzę, że w Polsce to szczególnie trudne – rozwój w klubach ekstraklasowych często blokuje się poprzez asekuracyjne nie dawanie młodszym chłopakom minut. Inna sprawa – widzę PLK jako ligę, gdzie robi się za mało długofalowych projektów, tego najbardziej mi tu brakuje. Często to kontraktowanie graczy zagranicznych pod jeden sezon, pod wynik. A przecież w sporcie wszystko zaczyna się od dobrej pracy u podstaw. Teraz nie ma też tego obowiązku gry Polakiem na parkiecie. Słyszę, że wcześniej mieliście takie rozwiązanie, ale nie jestem przekonany, czy akurat to był przepis pomocny dla młodych zawodników.
Wiesz, kiedy ja tak naprawdę zacząłem grać? Kiedy trener nie miał wyjścia, bo podstawowy gracz na mojej pozycji w moim drugim sezonie w Hiszpanii złamał nos. W pierwszym sezonie grałem średnio mniej niż 10 minut, w drugim też, ale na miesiąc przed jego końcem z powodu kontuzji starszego kolegi nagle zacząłem wchodzić na 25. W sztabie niedowierzanie – okazało się, że naprawdę umiem grać! A myśli w tamtym sezonie miałem już różne, frustracja była straszna, myślałem o powrocie na Łotwę i rozpoczęciu studiów z architektury, bo z matmy byłem zawsze świetny, a lubiłem też rysunek.
Dopóki młodym starcza cierpliwości, dopóty muszą być gotowi. Zawsze. Na każdym treningu i w każdym meczu. To jedyne na co mają wpływ to swoje przygotowanie i pełna gotowość do zastąpienia kolegi, który akurat też może złamać nos.
Kiedy zaczęła się twoja przygoda z koszykówką?
Bardzo szybko. Odkąd pamiętam ganiałem z piłką w rękach, bo moja mama grała w koszykówkę. Amatorsko, ale dużo czasu spędzaliśmy w sali. Mama zaprowadziła mnie na pierwszy trening, kiedy miałem 7 lat. W ogóle nie sądziłem, że będę koszykarzem, choć geny trafiły się właściwe.
Już w gimnazjum myślałem o tej architekturze, ale trenerzy nakłaniali mnie do dodatkowych treningów. W liceum zacząłem opuszczać trochę szkoły, bo rano trenowałem też ze starszą grupą. To nie do końca było moim wyborem, ale trenerzy wymagali.
To wszystko działo się w Lipawie, twoim rodzinnym mieście, w którym urodził się także najsłynniejszy dziś łotewski koszykarz – Kristaps Porzingis. Jaki to kolega poza boiskiem?
Kristaps wyjechał w młodym wieku, miał 14 lat. Ja trzymałem się z jego starszymi braćmi, z jednym zresztą grałem. Lipawa jest chyba mniejsza od Ostrowa Wielkopolskiego. Latem mamy dużo turystów, bo leżymy nad morzem, ale poza sezonem zostają sami swoi i każdy każdego zna. Porzingisa też. To po prostu nasz chłopak. Bracia Kristapsa byli w stosunku do niego zawsze bardzo surowi, tak jest do dziś i pewnie z tego wynika fakt, że, choć jest wielką gwiazdą sportu, nadal jest sobą. Jest też bardzo dobrym kapitanem naszej reprezentacji.
Łotwa była jednym z gospodarzy ubiegłorocznego EuroBasketu. Nie jest tajemnicą, że mieliście aspiracje medalowe. Dlaczego się nie udało?
To był zupełnie inny turniej niż mistrzostwa świata w 2023, kiedy nieoczekiwanie zajęliśmy piąte miejsce. Wtedy byliśmy underdogiem i napisaliśmy taką klasyczną historię – nikt na nas nie stawiał, to nas napędzało.
Jesienią w Rydze występowaliśmy w roli jednego z faworytów i nie chodzi nawet o to, że czuliśmy na sobie presję. Po prostu jako drużyna nie mieliśmy doświadczenia w takim systemowym wygrywaniu.
Manila to był trochę przypadek, tam nikt od nas niczego nie oczekiwał. W Rydze mieliśmy już wygrać, a do tego jako drużyna trzeba dojrzeć. Nie fiksować się przed samym turniejem, nie analizować na zapas. Nie chodzi o pojedyncze mecze, a o doświadczenie w turniejowym wygrywaniu jako drużyna. Myślę, że ostatni EuroBasket nas i Kristapsa jako kapitana dużo nauczył. Musieliśmy zaliczyć taki turniej, tak buduje się każda drużyna.
Ty w tej reprezentacji od lat odgrywasz bardzo znaczącą rolę. Czego przed laty zabrakło, żeby Mareks Mejeris swoją kadrę zasilał, przylatując z najlepszej ligi świata? Podobno na treningach poprzedzających draft w 2012 usłyszałeś, że brakuje ci dwóch lat do NBA…
Tak, dwie drużyny faktycznie wyrażały wtedy jakieś zainteresowanie, ale ja byłem na NBA za chudy. Ważyłem z 90 kilo, grałem na pozycjach 3-4. Jasne, Valanciunas też był szczypiorem, ale on był piątką i miał olbrzymi zasięg ramion. Ja głównie potrzebowałem mięśni, których nie miałem.
Na tych ostatnich treningach organizowanych przez moją ówczesną agencję, które oglądali trenerzy i menedżerowie z całej ligi, wstępne zainteresowanie mną wyraziło 6 klubów – Lakers, Clippers, Pistons, Kings, Grizzlies i ktoś jeszcze. Problemem pozostawał jednak brak rozbudowanych mięśni górnych partii ciała.
Na Europę byłeś wtedy już wystarczająco silny. Co w twoim przypadku było najważniejszym czynnikiem przy wyborze kolejnych klubów?
Do 27-28 roku życia na pewno chodziło o kluby, w których mogę budować siebie i swój poziom. Jeden z młodych Łotyszy zmienił niedawno drużynę z tureckiego klubu, gdzie oferowane są dobre pieniądze, ale on sam nie grał, na drużynę z dolnego pułapu EuroCup, gdzie faktycznie gra. Bardzo mądra decyzja – za rok, dwa znowu będzie mógł połasić się na większy skok.
Jeśli nie grasz przez sezon – dwa to twój poziom naprawdę może polecieć na łeb, na szyję. Wybierając klub musisz wszystkim balansować, ale nade wszystko na etapie koszykarskiego rozwoju musisz myśleć o rozwoju właśnie. Natomiast jest jedna rzecz, którą chciałbym dodać ku pamięci młodych chłopaków w Polsce: masz wpływ na może 20 proc. tego, co się dzieje. Reszta to kwestia szansy, tego, kto się w twojej drużynie rozwali, albo trenera, który wyleci i nowy jednak zachce tobą grać. Ty jednak musisz być cały czas w gotowości do gry! Trenować tak, żebyś wiedział, że możesz w każdej chwili wejść na parkiet i wesprzeć drużynę!
Twoje wsparcie jest dla drużyny Tasomixu Rosiek Stali Ostrów Wielkopolski jest w tym sezonie nieocenione. Co chcesz w tym sezonie ugrać z kolegami dla Ostrowa?
Mnóstwo radości! Indywidualnie swój cel spełniam ciesząc się koszykówką, a z drużyną pracujemy na to, żeby wszyscy z dość wąskiej rotacji mieli i wykorzystywali swoje szanse. Tak, żebyśmy z meczu na mecz umacniali się w tabeli – jest jeszcze dużo meczów, nie ma co mówić hop – możemy zrobić ósemkę, ale równie dobrze możemy spaść. Z tygodnia na tydzień rozumiemy się na parkiecie coraz lepiej, ale mamy jeszcze naprawdę dużo pracy przed sobą. I będziemy pracować.
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie