Najbliższe tygodnie w PLK spędzimy na obserwowaniu losów walki o grę w play-in, a następnie o playoff. Zanim zaczniemy jeszcze częściej korzystać ze świetnego narzędzia, jakim jest kalkulator Pulsu Basketu zastanówmy się chwilę po świątecznej kolejce i już po 5/6 sezonu zasadniczego, kto jest w naszej ulubionej lidze może być tak naprawdę trzecią siłą po duecie wrocławsko-warszawskim.
– Trefl, który wobec kontuzji Schenka i Locketta musi nagle grać w ośmiu?
– King, który przegrał z wybrakowanym Treflem, a następnie poległ ponad 20 punktami w Wałbrzychu?
– robiący ostatnio furorę MKS???
– mające najkorzystniejszą różnicę małych punktów w PLK (+160), ale też wybrakowane i mocno zapracowane walką w ENBL Dziki?
– nieco odświeżona Milanem Barbitchem Arka?
– dziesiątkowany kolejnymi kontuzjami i grający już tylko duetem obcokrajowców Górnik?
– biedna Stal?
– dziurawy pod koszem Zastal?
– Anwil? Czy ktoś jeszcze wierzy aż tak mocno w Anwil?
Im głębiej się nad tym zastanowić, tym trudniej z pełną świadomością wskazać „ten zespół nr 3”. Szczególnie wsłuchując się w głosy sugerujące, że uraz dłoni Jakuba Schenka okazał się na tyle skomplikowany, że trudno będzie proces jego powrotu do pełnej sprawności i gry przyspieszyć.
Co rzuciło mi się w oczy w trakcie niepełnej, świątecznej kolejki?
Orlen Zastal Zielona Góra – Energa Czarni Słupsk 96:80
Fakt, że zielonogórski ekspres przez pół meczu męczył się z tak słabą drużyną, jaką dysponują obecnie Czarni nie wystawia Arkadiuszowi Miłoszewskiemu i jego ekipie szczególnie dobrego świadectwa.
Zastal wygrał, bo ma zdecydowanie lepszy zespół. Jakub Szumert przyzwyczaił nas już do swojej dobrej gry na tyle, że osiągnięta przez niego linijka statystyczna 17+9 na nikim nie robi już właściwie wrażenia. Ot, kolejny dzień w biurze. Warto jednak przypominać, że mówimy o 20-latku. Kto był ostatnim koszykarzem w tym wieku, grającym w PLK na tak wysokim poziomie?
Szersze dywagacje i wysnuwanie poważniejszych wniosków po tym meczu? To niekoniecznie mogłoby okazać się sensowne. Mógłbym zauważyć, że podkoszowy tercet Zastalu Fayne-Sulima-Wilson wypadł lepiej niż w poprzednim meczu, zdobywając łącznie 7 punktów, ale umówmy się – to spostrzeżenie z kilku względów nie byłoby do końca ani ciekawe, ani nie oddawałoby istoty rzeczy.
AMW Arka Gdynia – Miasto Szkła Krosno 95:76
Mecz się odbył, a wygrała go drużyna lepsza.
Drużyna słabsza wygląda na mentalnie pogodzoną ze spadkiem z PLK, nie chcę kopać leżącego.
Drużyna lepsza wygląda na taką, która wymianą Courtneya Rameya na Milana Barbitcha może odwrócić losy swojego zmierzającego trochę donikąd od początku 2026 roku sezonu. Ten Francuz – gracz młodszy od Andrzeja Pluty, pamietajmy o tym – coś w sobie ma. Całkiem sporo talentu do gry w basket i już wcale niemałe umiejętności. Jestem ciekaw tego jak w ducie z Kamilem Łączyńskim wypadną w playoff.
To bardzo ciekawy duet!
Oby więcej transferów takich graczy jak Barbitch do PLK!
Tauron GTK Gliwice – MKS Dąbrowa Górnicza 80:90
Niby w miarę wyrównany mecz, ale tak naprawdę od początku do końca MKS kontrolował przebieg walki i na tej przeszkodzie coraz bardziej imponującego runu po okiem Artura Gronka (to już 10-4!) nie zakończy.
Może i Adrian Bogucki na dobre wypadł z grona koszykarzy będących w kręgu zainteresowań trenera reprezentacji Polski seniorów, ale na miarę ligową to wciąż dobry zawodnik i w ostatnich tygodniach także o tym możemy się przekonywać. Nie wiem, czy MKS zdoła sobie wywalczyć ostatecznie miejsce w Top 6, ale domyślam jednego – żaden z liderów sezonu zasadniczego z pozycji 1-2 w pierwszej kolejności nie chciałby w ćwierćfinale rywalizować z nim grać. Ten zespół powoli, ale konsekwentnie rośnie w siłę. To 10-4 wcale nie musi być zwieńczeniem świetnej pracy trenera Gronka – to może być równie dobrze jedynie zapowiedź jeszcze większych fajerwerków w wykonaniu tej ekipy.
Dziki Warszawa – PGE Start Lublin 103:72
Dziki też rosną w siłę – ostatecznie wygrały bardzo pewnie mecz rozgrywany niedługo po emocjonalnym rollercoasterze w Salonikach, prezentując się w nim po prostu słabo lub co najwyżej przeciętnie.
Umówmy się – ten sobotni mecz nie stał na zachwycającym poziomie. Bądźmy szczerzy jeszcze bardziej – gdyby momentami w połowie 3. kwarty zamiast głosu Marcina Murasa przebieg walki uzupełnić pokładem muzycznym znanym z Benny Hilla, nikt mógłby na to nie zwrócić szczególnie wielkiej uwagi. Momentami wyglądało to naprawdę na zmianę słabo i/lub śmiesznie, jak gra w dwa ognie.
Ani przez moment nie można było jednak odnieść wrażenia, że Start może ten mecz wygrać. To fatalnie świadczy o czekającym już ewidentnie na koniec tego sezonu do zapomnienia zespole z Lublina i całkiem nieźle o Dzikach.
Górnik Zamek Książ Wałbrzych – King Szczecin 97:76
Okazuje się, że aby ograć lidera PLK wystarczy dobry plan taktyczny, a także otrzymać niemal 75 minut solidnej koszykówki od tercetu Kacper Marchewka – Maciej Bojanowski – Maciej Puchalski. Można? Można! To zwycięstwo to ogromny sukces Andrzeja Adamka i jego konsekwentnej strefy.
King rozczarował bardzo, poddając tym występem dość mocno w wątpliwość na ile tej drużynie można ufać, myśląc o walce w playoff. Punkty spod kosza w tym meczu goście przegrali 26:62. Jasne, brak Nemanji Popovicia w jakimś stopniu ich tłumaczy, ale tak naprawdę: tylko w niewielkim. Jeśli tracisz jednego człowieka z rotacji, po czym twój zespół po prostu się momentalnie rozsypuje – nie świadczy to o nim dobrze. Dla Kinga to druga z rzędu dość rozczarowująca porażka po tej z Treflem na swoim boisku i trudno tu mówić o jakimś przypadku.
Żeby nie było, że narzekam tylko na skautingowe wybory wśród wysokich graczy Zastalu – Malcolm Dandridge też nie wygląda na dobry ruch Kinga. Tak nie prezentuje się gracz, który miałby dać drużynie jakieś wartościowe minuty, gdy w playoff margines błędu jeszcze się zmniejszy, a intensywność gry wzrośnie.
Anwil Włocławek – Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski 90:81
Nie wiem co się wydarzyło w przerwie w szatni Anwilu, ale jeśli jesteś prawdziwym kibicem basketu z Włocławka i oglądałeś ten mecz, masz prawo pomyśleć, że właśnie w poniedziałek wydarzyło się coś, co może odwrócić losy tego sezonu.
Czy naprawdę coś takiego miało miejsce? Tego się nie dowiemy, ale Anwil po przerwie – wobec ewidentnie zagubionego i wytrąconego z rytmu kłótniami swoich graczy rywala – prezentował się świetnie. Dwóch świetnie grających liderów zespołu zwykle może poprowadzić go do zwycięstwa. Elvar Fridriksson i Tyler Wahl częściej powinni próbować brać na siebie tak wiele ciężaru odpowiedzialności za losy drużyny. Kto, jak nie oni? Obaj grali znakomicie, obaj są po prostu najlepszymi zawodnikami, jakich Ronen Ginzburg ma w składzie.
Problem Stali – pomijając już te wewnątrzzespołowe utarczki z trzeciej kwarty – dobrze określił Mareks Mejeris podczas pomeczowej konferencji prasowej, sugerując, że w drugiej połowie „rywal chciał bardziej”.
I już samo to, pamiętając o beznamiętnej grze Anwilu w tym sezonie jest sukcesem sztabu szkoleniowego z Włocławka.
Ale żeby nie było tak różowo, bo Anwil wciąż jest daleko nawet od gry w fazie play-in… Skoro już punktowałem słaby skauting kilku klubów, wypada zauważyć jak prezentują się wszyscy trzej ostatni gracze sprowadzeni do Włocławka za kadencji trenera Ginzburga. OK, Shaq Buchanan jeszcze przynajmniej stara się w obronie. Ale kontraktów Ife Ajayi i Trevona Allena już raczej nie zrozumiem. Ilość nie poszła w jakość. Podobnie jak przed sezonem, gdy Anwil wydał pieniądze na tercet Kacper Borowski – Dawid Słupiński – Michał Kołodziej. Dziwna była ówczesna decyzja, te ostatnie też się nie bronią, bo Ajayi dubluje się z Kołodziejem właśnie i nie daje póki co oznak, że jest od Polaka koszykarzem lepszym, a decyzja o tym, by Allen pozostawał w składzie kosztem Isaiaha Muciusa musi dziwić w momencie, gdy minuty tego gracza w ostatnich meczach pikują szybko w dół (26-21-9).
Anwil ma po tym zwycięstwie jeszcze jeden powód do zadowolenia – to Mate Vucić. Nawet jeśli statystyki końcowe Chorwata nie powalały, to w drugiej połowie po dłuższej przerwie pojawił się na boisku z chęcią do gry w kosza!
Trefl Sopot – Legia Warszawa 93:100
5-1 w ostatnich sześciu meczach i aż 8-2 w ostatnich 10, z których aż siedem miało miejsce w halach rywali.
Mistrz Polski nabiera rozpędu, a także mocy. Matthias Tass zdobył tylko 8 pkt i 3 zbiórki – ale grał naprawdę świetnie. Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę jak długo wcześniej pauzował. Właśnie takiego gracza – w sensie dosłownym szerszego od tercetu Ponsar/Hunter/Thompson Legia potrzebowała. Taas nie tylko robił użytek ze swojego ciała, ale i sprawnie funkcjonował w ataku mistrza Polski, dobrze rozrzucając piłkę, nie zwalniając jego akcji.
Andrzej Pluta? Tak dużo o nim było ostatnio powiedziane, że to jego 11+11 jest już jakąś normą. Ale +23 w meczu wygranym +7? Matematyka nie kłamie – Legia w ciągu tylko nieco ponad 9 minut, gdy Pluta odpoczywał na ławce okazała się słabsza od Trefla aż o 16 punktów.
-19 w tej samej rubryce statystycznej tak powszechnie chwalonego przecież ostatnio Brewtona to na pewno ciekawy materiał do analizy dla trenerów z Warszawy.