1. Kto zostanie mistrzem Polski 2025?
Łukasz Ceglinski (sport.pl): Start Lublin. Choć wcale nie jestem tego typu pewien. I Start, i Legia zaskoczyły mnie w tym sezonie potężnie, a do tego są drużynami nieoczywistymi – do zwycięstwa mogą ich poprowadzić różni liderzy, różne duety. Stawiam na Start ze względu na przewagę parkietu, doświadczenie trenera Wojciecha Kamińskiego oraz przewagę na pozycji rozgrywającego, gdzie Emmanuel Lecomte w mojej opinii lepiej prowadzi zespół niż Andrzej Pluta jr. Mój typ: 4-3 dla Startu.
Marek Łukomski (Polsat Sport): Start Lublin. Jeśli zespół z Lublina wytrzyma bardzo intensywną końcówkę sezonu, wygra. 4:3. Nie zapomnijmy, że lublinianie rozegrali w tegorocznym playoff już 10 meczów, obie rundy wygrali po 3:2. Tak, to na pewno ich mocno zmęczyło. Ale także równie mocno zahartowało!
Miłosz Romański (emocje.tv): Legia Warszawa. Choć tak naprawdę nie widzę w tej serii wyraźnego faworyta. Finał, w tym roku wyjątkowo nieoczywisty, będzie starciem z wieloma podtekstami. Trener Kamiński z pewnością przygotuje na tę serię wszystkie możliwe warianty gry. Czekam na trenerskie szachy. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że czeka nas rywalizacja drużyn grających w tym momencie najlepszą koszykówkę w Polsce. Stąd też życzę wszystkim serii sześcio-, a nawet siedmiomeczowej!
Grzegorz Szybieniecki (Basket w liczbach): Legia Warszawa. W poprzednich rundach za każdym razem stawiałem przeciwko Startowi i logika nakazywałaby, żeby tego błędu więcej nie popełniać. Jednak Legia grała z Anwilem zbyt dobrze, by w nią nie wierzyć nieco bardziej, zwłaszcza, że warszawiacy mają w nogach o wiele mniej meczów. Wycieńczony, także mentalnie, Start nie będzie w tym finale faworytem. Typuję zwycięstwo Legii, 4-1.
Michał Tomasik (SuperBasket): Start Lublin. Trochę nie wiem jak – bo sportowo Legia ma jednak więcej argumentów. – ale to się powinno wydarzyć. Wierzę w prawo serii – tak zwariowany sportowo sezon nie powinien się skończyć finałem, który ot tak, po prostu nagle wygrywa faworyt.
Rafał Tymiński (Przegląd Sportowy): Mistrzem Polski zostanie drużyna, która… wygra w finale cztery spotkania. Moim zdaniem będzie to Legia, która do umiejętności grania na wyjazdach prezentowanej od początku sezonu, dzięki pracy trenera Rannuli odnalazła także sposób na wygrywanie na własnym boisku. Na wyjazdach Legia ma w playoff 4-0, u siebie 2–1. Utrzymując tę proporcje, Legia zdobędzie tytuł – w piątym spotkaniu finału.
Piotr Wesolowicz (sport.pl): Legia Warszawa. 56 lat czekania na tytuł to długo. Za długo. W finale 2022 ze Śląskiem Legia sama narzuciła na siebie presję zdobycia złota. Teraz, w trakcie szalonego sezonu, rozkoszuje się sukcesami, nabrała uśmiechu i czerpie frajdę z koszykówki. Ostatecznie właśnie to da jej upragnione złoto.
Jakub Wojczyński (Przegląd Sportowy): Start Lublin. Wiem, że to jest trochę pod prąd i wbrew logice, ale wydaje mi się że te wszystkie problemy, które Start miewa łatwo można naprawić w dłuższej serii, co widzieliśmy w półfinale i ćwierćfinale. Przecież gdyby zrobić ranking najgorszych występów jednego zespołu w meczu playoff, to drugi mecz Startu w Słupsku byłby na czele tego zestawienia. Ale ta ekipa potrafi się pozbierać nawet po tak katastrofalnym występie. Dlatego wszystkie znaki zapytania, które znajduję – rozstrzygam na korzyść Startu.
Szymon Woźnik (SuperBasket): Mistrzem Polski 2025 zostanie Legia Warszawa, ale po świetnym finale, który będzie wisienką na torcie tych elektryzującego playoff. To będzie wyczerpująca rywalizacja, można użyć ulubionego ostatnio stwierdzenie w Polsce – „na żyletki”. Obstawiam wiele zwrotów akcji w meczach, może nawet kilka buzzer-beatórów, ale uważam, że na koniec to Legia się będzie cieszyć. Stołeczna ekipa pod batutą Heiko Rannuli wygląda znakomicie, a sposób wygrania serii z Anwilem był więcej niż przekonujący. Ale w naszej lidze nigdy nie można lekceważyć zespołów trenera Wojciecha Kamińskiego…
Kosma Zatorski (Radio PLK): Legia Warszawa. MVP McGusty + Vucic + zestaw polskich graczy z Andrzejem Plutą i Michałem Kolendą + mniejsze zmęczenie serią playoff. Powinno wystarczyć na rewelacyjny Start, choć ten sezon przekonuje na każdym kroku, że niczego nie można być pewnym.
2. Na występ którego koszykarza w wielkim finale czekasz najbardziej?
Łukasz Ceglinski (sport.pl): Mate Vucicia! Przyznaję, oczarował mnie w ostatnich tygodniach. Manewry pod koszem, „miękka” technika, cierpliwe zwody i skuteczność – dobrze się go ogląda i jestem ciekawy czy utrzyma ten dobry poziom w finale. Vucić stał się graczem wielowymiarowym: zdobywa sporo punktów, potrafi zdominować walkę na tablicach, a do tego nieźle podaje.
Marek Łukomski (Polsat Sport): Tevin Brown. Cóż to za historia – w półfinale, przed decydującym 5 meczem z Treflem wyjechał na własną prośbę – ale z pełnym zrozumieniem ze strony trenera Kamińskiego i klubu – w sprawach rodzinnych do USA. W poniedziałek wraca i tego samego dnia będzie chciał pomóc drużynie wygrać pierwszy mecz. Później zdobywa MVP serii, świętuje mistrzostwo ze Startem, a platformy streamingowe szykują się na wyprodukowanie filmu na kanwie tej historii. Tak będzie!
Miłosz Romański (emocje.tv): Skład Startu to mieszanka wybuchowa, jestem niezwykle ciekaw, jak na finałowej scenie poradzi sobie Michał Krasuski, który robi świetną robotę w cieniu liderów. Finał to jednak również czas gwiazd – czekam na popisy Kamerona McGusty’ego. Amerykanin to jednak mój numer 1 na tej liście.
Grzegorz Szybieniecki (Basket w liczbach): Zerknijmy na dwóch poprzednich mistrzów i Legię – co mają ze sobą wspólnego? Pierwszy rozgrywający to Polak, w zeszłym sezonie nawet przecież MVP Finałów (Jakub Schenk). Siłą rzeczy trzeba patrzeć w kierunku Andrzeja Pluty. Czy podoła? Czy będzie w stanie jako polska jedynka poprowadzić zespół do mistrzostwa? To dla mnie najciekawsza historia tych finałów.
Michał Tomasik (SuperBasket): Wszyscy mówią o tym, że wielką siłą Startu jest jego superrezerwowy, czyli Tevin Brown. Niby racja, ja przede czekam na to, co z tej serii pokaże Courtney Ramey. Ciekawi mnie nie tylko to, jak zaprezentuje się po bronionej stronie boiska, gdzie wspólnie z Michałem Krasuskim będzie próbował wkładać kij w szprychy ofensywy Legii napędzanej przez duet Pluta/McGusty, ale także czy będzie potrafił po drugiej stronie boiska wykorzystywać swoje przewagi, gdy na swojej drodze napotka jednego z tych rywali.
Rafał Tymiński (Przegląd Sportowy): Andrzej Pluta, jestem przekonany, że to on zostanie MVP finału. A skoro mam tego tak mocne przeświadczenie, to chyba jasne jest, że najbardziej czekam się na grę właśnie tego zawodnika.
Piotr Wesolowicz (sport.pl): Michał Kolenda jest sercem, płucami i mięśniami Legii. To koszykarz o znakomitym charakterze, niezwykle waleczny, kochający rywalizację, czujący się w niej jak ryba w wodzie. Legia latami szukała graczy, wokół których zbuduje swoją tożsamość. W Kolendzie go znalazła.
Jakub Wojczyński (Przegląd Sportowy): Korciło mnie żeby wskazać Romana Szymańskiego, bo mam przeczucie, że trafi się taki mecz, w którym będzie czarnym koniem. Pozostali Polacy ze Startu już takie spotkania w playoff mieli. Bardziej czekam jednak oczywiście na występ Andrzeja Pluty, który fajnie się rozwinął w trakcie sezonu i odgrywa dużą rolę w grze Legii. Jeżeli jego zmiennikiem jest zawodnik z przeszłością w NBA i Eurolidze, to świadczy o dużym zaufaniu trenera. W playoff Pluta pokazał się jako coraz lepszy kreator ofensywy, choć miał problemy ze skutecznością. Trójki trafił na fatalnej skuteczności 27 procent. Ciekawe czy trafi mu się chociaż jedno spotkanie, w którym odpali z dystansu. Wiemy, że go na to stać.
Szymon Woźnik (SuperBasket): Gra Manu Lecomte w fazie zasadniczej PLK przeszła bez większego echa, więcej w kontekście dobrego sezonu Startu mówiło się o Tyran’ie de Lattibeaudiere czy Tevinie Brownie. Natomiast faza playoff pokazuje, że Lecomte grał na wysokim poziomie w Europie i po prostu czekał na wielką scenę, na której pokazuje, że nieprzypadkowo był/jest liderem kadry Belgii i jeszcze nie powiedział ostatniego słowa w karierze!
Kosma Zatorski (Radio PLK): Manu Lecomte. Kameron McGusty przyzwyczaił mnie do niezwykle wysokiej formy, natomiast Belg złapał ją właśnie w fazie playoff. To od niego wszystko się w Starcie zaczyna i na nim kończy, a jego „wyłączenie” w serii będzie jednym z kluczy do wygrania mistrzostwa.
3. Anwil czy Trefl – kto z duetu walczącego tylko o brąz jest tym większym przegranym?
Łukasz Ceglinski: Trefl. Z poziomu złota z poprzedniego sezonu będzie walczy tylko o brąz. Anwil rok temu odpadł w ćwierćfinale, więc można powiedzieć, że przynajmniej zrobił postęp. Ale generalnie to oba zespoły celowały w złoto, miały dwa pierwsze miejsca po rundzie zasadniczej, więc ich brak w finale jest dużym rozczarowaniem – i we Włocławku, i w Sopocie.
Marek Łukomski (Polsat Sport): Nie potrafię wskazać faworyta w tym przypadku, typowe 50/50. Mało osób wyobrażało sobie finał bez obu tych zespołów. Nie mówię że nikt nie wierzył, bo fani w Warszawie, czy Lublinie, na pewno w swoje drużyny wierzyli, ale w seriach półfinałowych na pewno ich zespoły były underdogami.
Miłosz Romański (emocje.tv): Trefl. Był zdecydowanie bliżej końcowego sukcesu. Na porażkę Anwilu zanosiło już po meczach w Hali Mistrzów. Sopocianie mieli wręcz idealną okazję, by przed własną publicznością zapewnić sobie medal – przewagę parkietu i przewagę kadrową. Padli jednak ofiarą chwiejnej i niestabilnej formy, która ciągnęła się za nimi przez cały sezon. Liderzy zawiedli w najważniejszy momencie.
Grzegorz Szybieniecki (Basket w liczbach): Jednak Anwil. Trefl całym swoim sezonem przyzwyczaił, że może zaprezentować się dominująco, ale i przegrać w bardzo słabym stylu. To Anwil mówił od początku sezonu o mistrzostwie, to Anwil wygrał w cuglach rundę zasadniczą, to Anwil przeznaczył na budowę zespołu znacznie większe środki niż przed rokiem i to Anwil czeka na krajowy sukces już kilka lat, podczas gdy sopocki apetyt w jakiś sposób został zaspokojony poprzednim sezonem. W wyposzczonym, włocławskim środowisku ból spowodowany odpadnięciem w półfinale jest w mojej ocenie większy.
Michał Tomasik (SuperBasket): Jednak Trefl. Przecież on jeszcze chwilę przed rozpoczęciem ostatniego meczu półfinałowego ze Startem był faworytem bukmacherów do zdobycia mistrzostwa, a grał u siebie i miał rywala osłabionego brakiem najlepszego strzelca. Fakt, że ekipa Żaba Tabaka nie potrafiła tego wykorzystać – ba, nie była nawet tego blisko, będąc w sobotę drużyną zdecydowanie słabszą od Startu – to jednak wielka niespodzianka. Tego, że Anwil pozbawiony Kamila Łączyńskiego wpadnie w tarapaty można się było już od dłuższego czasu spodziewać.
Rafał Tymiński (Przegląd Sportowy): Obie drużyny są przegrane w takim samym stopniu w tym momencie, bo obie zakładały, że wejdą do finału, a nie weszły. O tym, kto zostanie „większym przegranym” będzie można rozstrzygnąć dopiero po dwumeczu o brąz – to proste, będzie nim tym, kto przegra raz jeszcze.
Piotr Wesolowicz (sport.pl): Anwil. To klub, który jeszcze przed serią z Legią miał ambicję wywalczenia sobie na boisku przed kolejnym sezonem miejsca w rozgrywkach Champions League i był pewny swego. W zasadzie nie ma się czemu dziwić — był najlepszy w sezonie zasadniczym, ale odpadł już w drodze po złoto. Kolejny raz.
Jakub Wojczyński (Przegląd Sportowy): Odpowiedź na to pytanie tak naprawdę poznamy dopiero po meczu o brąz. Oczywiście, Trefl i Anwil to nie są zespoły, które po takim sukcesie – bo to mimo wszystko sukces będzie – znajdą się w euforii, ale trzecie miejsce pozwoli im mieć pewność, że wystąpią w europejskich pucharach. Nie wiemy jak będzie dokładnie wyglądał podział miejsc – i czy Trefl zagra w EuroCup – ale zakładam pesymistycznie, że czwarty zespół może znaleźć się na aucie. Poza tym medal to zawsze medal i myślę że przynajmniej Polakom z obu zespołów będzie na nim zależało. Jeżeli spojrzymy na obecną sytuację z perspektywy przedsezonowej, to trzeba pamiętać, że choć Anwil mówił głośno o złocie, był w hierarchii niżej niż Trefl. Przynajmniej tak mi się wydawało, ale nie byłem w tym przeświadczeniu odosobniony.
Szymon Woźnik (SuperBasket): W mojej opinii większym przegranym jest Trefl. Po pierwsze ze względu na to, że cały sezon nie przekonywał swoją grą i w wielu meczach zespół wygladał jakby grał na 70 proc. swojego potencjału, licząc, że swoim talentem „przepchnie” mecze i jakoś to będzie. Po drugie w PLK zespoły po grze w europejskich pucharach pokazywały w drugiej fazie sezonu jakość, którą nauczyły się w Europie – w Treflu tej zależności nie było. Po trzecie wybory trenera Tabaka. Historia Zyskowskiego to jedno, ale też brak dużej roli dla Kennedy’ego w serii ze Startem, czyli dla najlepszego całościowo zawodnika Trefla w serii z Kingiem – też jest mocno zastanawiający. Po czwarte w końcu Trefl to jeszcze urzędujący mistrz Polski, a to do czegoś zobowiązuje. Po piąte, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby Trefl Sopot zagrał na 90-100 proc. swoich umiejętności to wygrałby serię ze Startem. Podobnego zdania nie mogę napisać o Anwilu i o jego rywalizacji z Legią.
Kosma Zatorski (Radio PLK): Anwil Włocławek. Trener Ernak przychodził tu z jasnym zadaniem – wygrania mistrzostwa. Budżet też miał mistrzowski. Włocławianie przeszli jak burza przez sezon regularny, natomiast w półfinałach nie byli w stanie nawet urwać jednego meczu w serii z Legią. Ernak nie sprostał zadaniu, kontuzja Kamila Łączyńskiego dodatkowo pokrzyżowała plany – i udowodniła po raz kolejny, jak ważnym jest / był graczem w tej układance – kluczowi koszykarze w playoff również nie dowieźli. Trefl z kolei nie był dominatorem w sezonie regularnym, stracił szybko najlepszego gracza w składzie, a ich gra w Eurocupie była rozczarowaniem. Tu sygnałów, że się nie uda powtórzyć sukcesu sprzed roku było kilka. Jednak ostatnie sezony były dla tego klubu niezwykle udane, w tym się po prostu nie udało powtórzyć tego sukcesu.