Aleksandra Samborska: Jak zawodnik, który sezon przygotowawczy przepracował w Maladze, a właściwy rozpoczął na zapleczu hiszpańskiej ekstraklasy znalazł się w Sopocie?
Dylan Addae-Wusu: Odezwał się do mnie trener Larkas, który przedstawił swoje zainteresowanie, a także klub, jego historię i zamysł na ten sezon. To spotkało się z moją wizją na swój rozwój w Europie. Chciałem być częścią organizacji z bogatą historią, w której panuje kultura wygrywania.
Polska okazała się być koszykarsko dobrym miejscem. To mój pierwszy profesjonalny sezon, więc oswajam się z tym, jak gra się w Europie. A gra się na inaczej. W porównaniu z koszykówką uniwersytecką, gdzie dominuje wysokie tempo i intensywne bieganie góra-dół, a atletyczni gracze dużo częściej punktują z wykorzystaniem przewag w grze 1 na 1, tu gra się przede wszystkim taktycznie. Jest więcej ustawień 5 na 5, a mniej latania nad obręczami.
Trener Larkas dużo rotuje składem. Jak gra ci się w zespole, w którym co mecz robionych jest tak wiele zmian?
Trener Larkas często podkreśla, jak ważne są świeże nogi. Dlatego chce na boisku dysponować piątką świeżych graczy. Wtedy jesteśmy w stanie grać koszykówkę taką, jaką chcemy – z dużym naciskiem i na wysokich obrotach.
Tych nacisków w obronie w PLK jest faktycznie dużo. Jak, mając na uwadze swoją budowę ciała, radzisz sobie z defensywą na zasłonach?
Bronienie przeciwko zasłonie to głównie czytanie gry z wyprzedzeniem i znajomość przeciwnika. Z pomocą kolegów z drużyny i poprzez boiskową komunikację z nimi staram się w danym momencie podjąć jak najlepszą decyzję, czy przejść górą, czy dołem zasłony.
Koszykarskich przepychanek uczyłeś się w Nowym Jorku, gdzie najpierw na Bronksie kończyłeś szkołę średnią, a potem z uczelnią St. John’s domowe mecze rozgrywałeś w Madison Square Garden. Jakie to było uczucie?
Wyjątkowe. Na naszych meczach w MSG pojawiały się tłumy. Nowojorczycy są bardzo lojalni jeżeli chodzi o swoje lokalne drużyny. Bywało naprawdę gorąco i nerwowo, ale zawsze licznie i fanatycznie. Z perspektywy czasu doceniam to doświadczenie – granie w swoim mieście w tej legendarnej hali to naprawdę było coś.
W twojej koszykarskiej mekce będzie niebawem występował nasz rodak – Jeremy Sochan. Jak oceniasz transfer jedynego polskiego koszykarze w NBA do Knicks?
Będzie tam pasował, bo gra twardo, a my w Nowym Jorku też tak gramy! Sochan grał w Spurs z kolegami, z którymi ja występowałem w czasach szkolnych – z Julianem Champagnie i Davidem Jonesem Garcią. Wiem, że wasz rodak jest świetnym obrońcą, w swojej grze nie cofa się, nie daje sobie wejść na głowę. Tym bardziej wyczekuję jego meczów w koszulce Knicks.
Nowojorskość bije od ciebie na kilometr. Ale czy to twój prawdziwy dom?
Czuję się nowojorczykiem, Nowy Jork jak sama wiesz jest jedyny w swoim rodzaju, ale kiedy myślę o domu, myślę o Ghanie. Moim pierwszym językiem nie jest angielski, a twi (to jeden z nigero-kongijskich języków używany w Ghanie, uważany za odmianę języka akan, różne tonalizacje mogą wpływać na znaczenie słów, jest używany przez około 7 milionów ludzi, głównie z grupy etnicznej Akan – przyp. red.). Kiedy miałem dwa lata z Nowego Jorku, w którym się urodziłem, na siedem lat wyjechaliśmy do Ghany.
Co widzisz, kiedy myślisz o Ghanie?
Dzielnicę Tafo w moim rodzinnym Kumasi. Tam są zawsze tłumy i dostaniesz wszystko, czego potrzebujesz!
Sportowa Ghana to jednak nie koszykówka, a głównie piłka nożna. Legenda ery Mourinho w Chelsea Michael Essien, czy wcześniej Abedi Pele, jeden z najlepszych afrykańskich piłkarzy wszech czasów! Dlaczego zatem nie zostałeś piłkarzem?
Grałem w piłkę! To był mój pierwszy sport i byłem w niego naprawdę mocno wkręcony. Ale potem poszedłem na trening koszykówki i nagle zaczęło mnie bardziej ciągnąć w stronę basketu. Z czasem i zmęczeniem trzeba było podjąć decyzję, a wybór okazał się dla mnie dość oczywisty. Na oba sporty nie miałbym czasu, bo to powoli zaczynało wyglądać tak: szkoła – trening koszykówki, szkoła – trening koszykówki.
Nie zmienia to faktu, że futbol nadal bardzo lubię i jeśli sezon potrwa odpowiednio długo to jestem skłonny dać wyciągnąć się na jakąś piłeczkę z kibicami!
Najbardziej rozpoznawalną piłkarską marką w Polsce pozostaje wasz czwartkowy, pucharowy rywal z Sosnowca – Legia Warszawa. Co może zadecydować o waszym zwycięstwie nad sekcją koszykówki tego klubu w ćwierćfinale Pekao S.A. Pucharu Polski?
Naszym celem pozostaje oczywiście gra do niedzieli i wygranie trofeum. Jak to zrobić? Moim zdaniem o zwycięstwie w czwartek, a docelowo także dalszych sukcesach zaważy fizyczna odporność, bo mówimy przecież o trzech meczach w cztery dni. To wytrzymałościowo nie jest proste.
Musimy być więc silni koszykarsko i mocni mentalnie, to są dwa podstawowe klucze do sukcesu. Drużyna, która w Sosnowcu będzie pod tym kątem najlepsza, będzie się cieszyć w niedzielny wieczór najbardziej!
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie