Strona główna » Jimmy Rhoades: Technologia jest kluczem rozwoju, ale w koszykówce prawdziwa prostota to największe wyrafinowanie!

Jimmy Rhoades: Technologia jest kluczem rozwoju, ale w koszykówce prawdziwa prostota to największe wyrafinowanie!

0 komentarzy
Jimmy Rhoades to Amerykanin, który spędził wiele lat w Europie. Jako trener rozwoju indywidualnego pracuje z graczami NBA oraz czołowymi europejskimi prospektami. W rozmowie z nami, przeprowadzonej przy okazji niedawnej kliniki fundacji Next Draft, opowiada nie tylko o swojej pracy, ale także o koszykarskich różnicach kulturowych, które bywają wyznaczane przez różne granice.

Założona przez Rafała Jucia i Jarosława Janowskiego fundacja Next Draft chce stworzyć największą w Polsce, a docelowo w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, społeczność edukacyjną dla ludzi koszykówki – trenerów, zawodników, skautów, menedżerów i wszystkich, którzy chcą rozwijać grę poprzez wiedzę. Zakończona kilka dni temu pierwsza edycja „Next Draft Player Development Clinic” z Jimmy’m Rhoadesem w roli wykładowcy na pewno była krokiem w dobrym kierunku. Wzięło w niej udział 43 trenerów!

Jimmy Rhoades podczas kliniki Next Draft w Warszawie / Fot. Fundacja Next Draft

Rhoades w niedalekiej przeszłości pracował indywidualnie m.in. z Pacôme Dadietem, mistrzem NBA z New York Knicks. W rozmowie z Krzysztofem Radziwanowskim dzieli się mnóstwem ciekawych spostrzeżeń dotyczących rozwoju zawodników, przekonując chociażby, że inny z jego podopiecznych – 19-letni Noa Essengue z Chicago Bulls – może zostać jednym z najlepszych defensorów całego koszykarskiego pokolenia.

Wywiad polecamy jednak nie tylko kibicom Byków, czy początkującym trenerom – młodzi koszykarze też znajdą w nim coś dla siebie. Warto!


Krzysztof Radziwanowski: Przede wszystkim – jak zostaje się trenerem indywidualnym? Skąd pomysł na taką ścieżkę kariery i co dalej trzeba zrobić, by na nią wkroczyć?

Jimmy Rhoades: Moja droga jest akurat dość nietypowa i myślę, że ludziom poleciłbym raczej nieco inną. Zaczynałem w Get Better Academy, czyli organizacji, która szkoli młodych zawodników. Kiedy dołączałem do niej, moim marzeniem było dojście do pozycji trenera, albo chociaż asystenta. Z czasem moje podejście trochę się zmieniło, ale nawet teraz nie powiedziałbym, że już tego nie chcę.

W swoim zawodzie nie jestem oczywiście w stanie pokazać pewnych rzeczy zawodnikom. Czasem nie jestem w stanie podać tak jak oni, rzucić tak jak oni, czy zrobić wsadu. Skupiam się raczej na tłumaczeniu, pokazywaniu i ogólnym odblokowaniu potencjału.

A wracając do mojej ścieżki. Po kilku latach spędzonych w GBA w Czechach, moja organizacja w pewnym sensie połączyła się z tamtejszym klubem. Tak dołączyłem do sztabu Jindrichuv Hradec. To bardzo ważny moment, bo to tam poznałem nie tylko swoją żonę, ale też Gilberta Abrahama. Z czasem stał się moim mentorem. To człowiek, który teraz jest też szefem pionu rozwoju zawodników w NBA w Portland Trail Blazers. Następnie sprawy ułożyły się tak, że trafiłem do Niemiec. W Ulm potrzebowali akurat kogoś na moje stanowisko. A potem? Potem wszystko poszło już zupełnie naturalnie. 

W jaki sposób można rozwijać się jako trener przygotowania indywidualnego? Chcesz trenować coraz lepszych zawodników i budować własną markę, czy raczej dołączać do coraz lepszych klubów? 

Na tym etapie życia myślę bardziej o byciu częścią czegoś większego. Pracuję też z Noą Essengue z Chicago Bulls, czy z Brandonem Paulem. Dużo zmieniło założenie rodziny w Czechach. Chcę robić rzeczy, które naprawdę będą sprawiały mi przyjemność, a bycie trenerem rozwoju indywidualnego to zawód, w którym wpływ na otoczenie czuje się stosunkowo szybko. 

Na pewno masz jednak jakieś przemyślenia i pomysły na dalsze kroki. Jest jakieś konkretne miejsce czy rola, gdzie widziałbyś siebie w przyszłości?

Szczerze mówiąc nie do końca. To jednocześnie trochę intrygujące i niepokojące. Przez wiele lat odpowiedziałbym bez wahania, że moim celem jest NBA. Nie miałem żadnych wątpliwości, że poświęciłbym dla tego wszystko. Ale w ostatnim czasie pojawiły się pewne możliwości, żebym zrobił krok właśnie w stronę NBA, ale nie byłem przekonany. Nie zdecydowałem się na ich wykonanie. 

Przechodząc do aspektów czysto treningowych. Jak definiujesz rozwój zawodnika? Jak wygląda stawianie sobie celów treningowych i ich realizacja?

W miejscach, w których byłem – w Ulm czy w Czechach – jednym z moich podstawowych zadań była praca z najbardziej utalentowanymi młodymi koszykarzami i doprowadzenie do tego, żeby mogli realnie zacząć pomagać pierwszym drużynom swoich klubów. Nie skupialiśmy się wtedy np. na grze izolacyjnej, tylko na trafianiu z otwartych pozycji albo obronie. Często mówię, że moja praca nie jest bardzo efektowna, bo polega przede wszystkim na powtórzeniach. Robimy też dużo czytania gry, reagowania na sytuację boiskową. Atakujemy close-out, ale potem trzeba zastanowić się jeszcze raz – co zrobimy, jeśli przychodzi pomoc? Co jeśli nie przychodzi? Co w zależności od tego, kogo mamy na boisku obok siebie.

Gilbert lubił mówić, że prawdziwa prostota to największe wyrafinowanie. 

Poza momentami, kiedy masz konkretne instrukcje od sztabu, skupiasz się przede wszystkim na uniwersalnym rozwoju zawodnika czy na zwiększeniu jego przydatności w danym sezonie, w danym klubie i w danych warunkach?

Staram się łączyć oba cele. Na pewno mam świadomość, że każdy zawodnik gra w jakiejś drużynie więc oczywiście pracujemy nad tym, czego jego zespół potrzebuje od niego najbardziej w danym momencie. Kiedy poznaliśmy się w Ulm z Brandonem Paulem, był wokalnym liderem tej drużyny. Dużo zresztą razem wygraliśmy. Doskonale znał swoją rolę, wiedział czego się od niego wymaga. Wtedy było to bieganie po obwodzie i szukanie pozycji po zasłonach. Jednocześnie był zawodnikiem wręcz wybitnym w kreowaniu indywidualnych przewag. Nie chcę przesadzić, ale w tamtych warunkach porównałbym go do Jamesa Hardena czy Luki Doncica. W każdym razie pracowaliśmy nad jego naturalnymi talentami, ale jednak także dopasowywaliśmy go do aktualnych zadań. 

Jak wygląda układanie planów treningowych. Na ile konsultuje się je z samymi zawodnikami?

Haha, dobre pytanie. Pytasz już o kolejny temat, na którym skupiam się podczas swoich wystąpień przed publicznością. Częściowo oczywiście muszę umawiać się z nimi na konkretne rzeczy, a czasami decyduję samemu. Są też sytuacje kiedy właściwie nie masz wyboru.

Przykład?

W trakcie mojej pracy z obecnym zawodnikiem Barcelony, Juanem Nunezem wszyscy wiedzieli, że przy jego warunkach musi być rozgrywającym. Jednocześnie jego rzut nie wyglądał dobrze, nie był też powtarzalny. Staraliśmy się więc wzorować na ludziach o podobnych cechach – patrzyliśmy na Milosa Teodosica, nawet na Tyrese’a Haliburtona, który jest niesamowity, ale rzut również ma, nazwijmy to, niekonwencjonalny. Każdy zawodnik, z którym ćwiczę ma jakieś punkty odniesienia. Zawsze da się coś znaleźć.

Nie chcemy też żeby robili rzeczy, które im się nie przydadzą. Dobrze pamiętam cytat, który usłyszałem podczas moich początków w Europie. Spytano mnie czy jeśli dostałbym pod swoje skrzydła 12-letniego Stepha Curry’ego, to on stałby się tym Stephem Currym, którym jest obecnie. Świetna myśl. Zawsze zastanów się co może być największą przewagą danego człowieka i pracuj nad elementami, które pomogą to uwypuklić.

Jak to możliwe, że wychowano takich graczy jak choćby Luka Doncic. Facet regularnie rzuca prawie z połowy boiska w trakcie meczów i często trafia. Kto mu na to pozwolił, kto go tego uczył? W prawie każdej młodzieżowej drużynie nastolatek, który zrobiłby coś takiego kilka razy miałby poważną rozmowę z trenerem albo od razu usiadł na ławkę. To właśnie rola trenera – pomagać znaleźć zawodnikowi to, co u niego najlepsze. 

W jaki sposób „wymyśla się zawodnika” jako trener? To twoje własne pomysły czy raczej efekt rozmów z nim samym?

Całe szczęście, że wielu zawodników jest stosunkowo świadomych. Choćby Noah Essengue. Nigdy nie pomyślałby, że ma rozwijać się w kierunku bycia rozgrywającym. Generalnie wielką zaletą, może nawet konieczną cechą zawodnika jest to, żeby był pewny siebie i wierzył, że zagra lepiej niż inni.

W Czechach miałem jednak momenty, kiedy chłopcy trochę przesadzali. Z niektórymi musiałem porozmawiać i powiedzieć, że ich przyszłe drużyny nie będą potrzebować ich w roli ludzi, którzy oddawać będę po 30 rzutów w meczu. Będą ich za to rozliczać z tego czy trafili z czystej pozycji, czy doskoczyli w obronie i poszli na zbiórkę w odpowiednim momencie.

Jeśli dobrze podajesz, rozumiesz grę, ale nie nadajesz się na klasycznego rozgrywającego, nadal masz szansę. Możesz pełnić podobną rolę, ale dochodzić do niej w inny sposób. Nie musisz kozłować i mijać. Możesz być jak Draymond Green – zaczynać od stawiania zasłon, a potem rozrzucania piłki. Wielu młodych chłopaków ogląda urywki, najlepsze akcje i myśli, że tak samo jest potem w grze. Ja uświadamiam ich, że większość koszykarzy, którzy zarabiają wiele milionów rocznie, to zwykli – ale zdyscyplinowani! – żołnierze. 

A na ile konsultuje się to ze sztabem konkretnej drużyny? Czy to raczej oni zlecają skupienie się na konkretnych rzeczach? 

Oczywiście – to zależy. W Ulm pracowałem z obecnym trenerem Bayernu Monachium z Euroligi. Nieraz rozmawialiśmy i przekazywał mi swoje przemyślenia, ale mi ufał i nie wtrącał się za bardzo. Jeśli widzimy, że coś nie funkcjonuje, czasem sami podchodzimy np. do dyrektora sportowego i konsultujemy to z nim. Na pewno trzeba być otwartym na feedback i trochę krytyki, ale jeśli jesteś solidny i robisz swoje to zwykle spotyka się to ze zrozumieniem i daniem większej przestrzeni. 

W jaki sposób oceniasz czego najbardziej potrzebuje konkretny zawodnik? Istnieje jakiś uniwersalny sposób?

Uważam, że jest kilka rzeczy, które ceni się u graczy najbardziej. Tak jak już mówiliśmy, pewnie na pierwszym miejscu jest po prostu rzucanie ze stacjonarnych pozycji. W parze z tym idzie też dalsze reagowanie na zachowanie obrony po twoim dojściu do pozycji. Do tego dochodzi wchodzenie pod kosz i kończenie akcji w kontakcie. To moje cztery filary: rzut, minięcie, rozumienie i trafianie spod obręczy. Staram się nie oceniać ludzi, których nie poznałem bardziej, ale jeśli wiedziałbym, że dany zawodnik umie robić te cztery rzeczy, powiedziałbym, że zawsze znajdzie dla siebie miejsce w profesjonalnej koszykówce. 

Cechy, o których mówimy są raczej stałą, którą musimy przyjąć czy ulegają zmianie na przestrzeni ostatnich lat? 

To też rzecz, nad którą warto się zastanowić… Na pewno koszykówka się zmienia. Porównując obecną do gry sprzed 50 lat – wiele rzeczy jest innych. Takie same pozostały na pewno najbardziej ogólne założenia jak to, że kluczowe jest wybronienie swojego rywala 1 na 1 albo skuteczne wykończenie akcji. Trzeba być oczywiście maksymalnie mocnym fizycznie, do tego stopnia, że warunki fizyczne bywają nawet czynnikiem decydującym. Rozgrywających z tradycyjnego schematu właściwie już jednak nie ma. W ich miejsce pojawili się olbrzymi dwumetrowi faceci, którzy kiedyś mogli grać raczej jako centrzy. W drugą stronę działa to podobnie – Nikola Jokic i wielu innych wysokich pełnią bardziej rolę rozgrywających, biegają, rzucają – kiedyś to byłoby nie do pomyślenia. A już na pewno nie w takiej skali. Ogólnie jednak cechy, o których powiedzieliśmy wcześniej są zdecydowanie uniwersalne i przydadzą się niezależnie od innych zmiennych, może się zmienić najwyżej akcent na poszczególne z nich. 

Jest trochę tak, że wy – jako trenerzy przygotowania indywidualnego – pracujecie jednak głównie nad elementami klasycznej ofensywy, a obrona bierze się z pracy z trenerami motorycznymi?

Tak jak, mówiłem, mam przyjemność blisko pracować z Noą Essengue z Chicago Bulls. Jestem przekonany, że on ma szansę stać się absolutnie wybitnym obrońcą, jednym z najlepszych w całym pokoleniu. Posiada wszelkie narzędzia – i fizycznie i techniczne – a będzie już tylko lepszy. Kiedy czasami gram z nim 1 na 1, jeśli gra na poważnie to nie ma możliwości, żebym zrobił przeciwko niemu cokolwiek jako atakujący. Indywidualnie nie ma więc już wiele do zrobienia, więc skupiamy się głównie na oglądaniu i analizie. Porównujemy do topowych obrońców NBA, wyłapujemy co można od nich wziąć do swojej gry. Zobaczenie czegoś na ekranie i wizualizacja to potężne przewagi, właściwie na każdym poziomie. Oczywiście nie chodzi o oglądanie całych meczów jako zawodnik – to za dużo. Musisz dostać wycinki i patrzeć na nie jeden po drugim, żeby móc skupić się na szczegółach. 

Czego najczęściej nie wiedzą młodzi zawodnicy, co utrudnia im pójście naprzód?

Raz jeszcze wskazałbym na podstawy. Znowu, wiele osób widzi po meczu, że Kawhi Leonard rzucił 40 punktów, ale większość z nich nie zobaczy, że oprócz 3 niesamowitych rzutów skończył też 5 banalnych akcji spod kosza, kiedy obrona zaspała. Albo że zamienił na punkty 10 osobistych po innych prostych błędach. W dużym stopniu chodzi więc o otwieranie ludziom oczu. Jeśli masz podstawy, a dołożysz do tego jeszcze coś ekstra, powinno być naprawdę dobrze. 

Lepiej skupiać się na jednym elemencie czy wdrażać więcej poprawek na raz?

Tutaj oceniać należy tak naprawdę indywidualne przypadki. Decydujący jest na pewno moment sezonu. Inne decyzje podejmiemy przed sezonem albo w jego trakcie. Ważne jest też to z kim akurat mamy do czynienia. Jeśli to gracz, który ma ewidentny problem z jakimś elementem, wtedy sytuacja jest jasna. Inne czynniki, które mogą mieć na to wpływ to na pewno styl gry drużyny, to czy zawodnik jest doświadczony albo z kolei jest młody i łączy koszykówkę profesjonalną z grą w juniorskiej akademii – zawsze zachowamy się inaczej. W przypadku weterana zwykle skupimy się raczej na podstawowym ogrywaniu i dbaniu o odpowiedni rytm, rzadziej będziemy myśleli o poprawie konkretnych aspektów. 

Na ile treningi indywidualne wyglądają tak samo, a na ile są inwencją danych trenerów?

Ja sam na pewno cały czas się uczę. Rzeczy, które działały gorzej staram się eliminować, a w ich miejsce wstawiać nowe pomysły. Bardzo ważne jest to, że w większości przypadków pracuje się cały czas z innymi ludźmi. Zdarzają się tacy, z którymi jesteś dzień w dzień, ale większość pojawia się na treningach indywidualnych w zależności od zaleceń z klubu. Może być tak, że przez tydzień codziennie widzisz się z innymi zawodnikami. Jeśli pracujesz z kimś na stałe, na pewno warto nie powtarzać identycznych rzeczy cały czas bo w pewnym momencie zrobi się to nudne dla obu stron.

Ja sam mam zarys ogólnego formatu, ale szczegóły zawsze dopasowuję. Staram się zaczynać od jakiegoś rodzaju rzucania – najlepiej z naciskiem na zachowanie balansu, np. przez zmuszenie do rzutu w zachwianej pozycji. Przy okazji, oprócz rzutu jest to też rozgrzewka ruchowa. Na pewno trzeba mieć swoje własne „menu” wariantów na każdą okazję, np. ok 10 schematów zadań rzutowych, ale też dodatkowe warianty w zależności od liczebności grupy.

Trzeba też pamiętać, że „trening indywidualny” nie zawsze jest rzeczywiście indywidualny. Zdarza się, że mam na raz kilku zawodników. Oczywiście w mojej roli zawsze wolałbyś mieć wszystko gotowe na parę dni do przodu, ale to zupełnie nierealne. Wystarczy, że zawodnik po prostu się przeziębi i automatycznie w jego miejsce wskakuje ktoś z zupełnie innymi potrzebami. 

Jak bardzo rozwój technologii wpływa na treningi i rozwój zawodników?

Jimmy Rhoades podczas kliniki Next Draft w Warszawie / Fot. Fundacja Next Draft

Jest absolutnie kluczowy! Rozmawialiśmy już o sesjach z nagraniami i to one są oczywiście najważniejszym elementem związanym z technologią, która daje coraz większe możliwości. Jeśli wytnę odpowiednie kawałki, mogę prawie natychmiast wysłać je zawodnikowi z komentarzem albo nawet pokazać od razu na treningu, jeśli robiłem to już w trakcie naszych zajęć. Oczywiście młodsi zawodnicy są z tym znacznie lepiej zaznajomieni, a w tym pokoleniu zwykle są też wzrokowcami. Wszystko zależy też od zasobów jakimi dysponujemy. Jeśli budżet pozwala, najchętniej nagrywałbym absolutnie wszystko co się da. 

Mówimy głównie o zaletach, ale czy są jakiekolwiek minusy korzystania z nowinek technologicznych?

Wydaje mi się, że obiektywnie raczej nie. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to ich wpływ na podejście niektórych zawodników. Jeśli wiedzą, że systemy wokół są uruchomione, traktują to czasem jak grę komputerową, gdzie trzeba zrobić jak najlepszy wynik i wygrać z systemem, a zapominają o własnym rozwoju.

W Stanach coraz popularniejszy robi się już program komputerowy, który dokładnie monitoruje przebieg każdego oddawanego rzutu. W efekcie widzimy nie tylko odchylenia od optymalnych trajektorii, ale też błędy techniczne i rzeczy jak średnie czy tendencje. Widzimy, które rzuty nie wpadały do kosza bo poleciały za bardzo w prawo, które w lewo, ile procent rzutów było za krótkich albo zbyt długich itd. Czasami zdarza się, że zawodnik od razu po rzucie kłóci się, że rzut np. nie był za krótki tylko za bardzo w lewo. Potem czuje się oszukany i po prostu wypada gorzej. 

Jak bardzo różnią się treningi w Europie i w Stanach? Jakie są największe różnice?

Na tegorocznej Summer League Dustin Aubert, który prowadzi swój podcast koszykarski i publikuje mnóstwo wartościowych informacji, powiedział mi, że Amerykanie są lepsi w kreowaniu przewag, a Europejczycy w korzystaniu z nich.

W USA podejście jest bardziej zindywidualizowane, nastawienie jest często na maksymalizację własnej wartości. Z kolei w Europie skupia się zwykle bardziej na wpasowaniu w zespół i zwiększeniu przydatności zawodnika do funkcjonowania w grupie. Efekt jest często taki, że u nas na siłę trzeba zabierać piłkę z rąk niektórych zawodników, w końcówkach chce ją prawie każdy. W Europie jest dokładnie odwrotnie – często w najważniejszych momentach nie ma komu rzucać, gracze wolą oddać piłkę i odpowiedzialność komuś innemu. Po latach spędzonych poza Ameryką uważam, że jestem dobrym łącznikiem pomiędzy obiema kulturami i mogę pomóc przedstawicielom obu szkół dostrzec ich błędy. 

Na ile kultura kraju, czy regionu, wpływa na zawodników, kluby i samo podejście do treningu? Trenowałeś w różnych krajach, na różnych kontynentach. Co najbardziej rzuca się w oczy?

Kultura i lokalizacja ma olbrzymie znaczenie. Podejście różni się też w ramach samej Europy czy USA. Oczywiście od wszystkiego co teraz powiem zdarza się sporo odstępstw, ale zasada jest jasna. Zawodnik na tej samej pozycji w Stanach będzie grał zupełnie inaczej w zależności od miejsca wychowania. W Teksasie gdzie futbol amerykański jest dominującym sportem gra będzie znacznie bardziej fizyczna, bo większość koszykarzy przeszła przynajmniej częściowo przez szkolenie właśnie futbolowe. Ale na Litwie też jest bardzo fizycznie!

Natomiast w takiej Kalifornii pogoda jest świetna i pełno „fancy” miejscówek i nagrań z treningów. Tam u zawodników często dominują umiejętności strzeleckie.

Nowy Jork? Tam pogoda jest znacznie bardziej kapryśna, obręcze w koszach zwykle są podwójne i utrudniają rzucanie, więc najczęściej gra się w kontakcie, głównie pod kosz, na większej intensywności.

Nie chce za bardzo wchodzić w politykę, ale podobne różnice widać też w Europie. W dawnym bloku wschodnim wielu chłopaków ma większy dystans do trenerów – chętniej potakują, mniej otwarcie mówią o swoich wątpliwościach. Z perspektywy trenera to oczywiście często cecha dobrze widziana, ale potem pojawiają się problemy, bo nie zawsze da się takiego zawodnika przekonać do bezkompromisowej gry pod siebie, kiedy jest to konieczne.

Z kolei jedziesz do Francji czy Hiszpanii i wszystko się zmienia. Kraje są mocne koszykarsko, rywalizacja jest duża, gracze są bardziej aroganccy i pewni siebie, czyli gotowi do walki o swoje. Bardziej liczy się też styl, możliwość pokazania, a nie tylko sam wynik.

W Czechach koszykówka też jest bardzo fizyczna. Możliwe, że bierze się to z wiodącej pozycji hokeja, gdzie warunki bywają kluczowe, a gry w kontakcie jest przecież bardzo dużo. 

Na ile zmienia się podejście zawodników do treningu w zależności od bieżącej sytuacji – przegranych w lidze, mniejszej liczby minut itp.?

Ponownie – potrafi zmienić się bardzo wyraźnie. Z drugiej strony dopasowanie do tego to przede wszystkim zadanie dla trenera. Jeśli wiesz, że zawodnik gra ostatnio mniej, musisz dać mu możliwość do pogrania chociaż na dodatkowym treningu. On cały czas musi pamiętać dlaczego i po co tutaj przychodzi, że jest profesjonalnym koszykarzem, a nie tylko statystą i że nadal jest naprawdę dobry. W przypadku zawodnika, który ma akurat problem ze skutecznością jest podobnie – musisz znaleźć sposób, żeby w naturalny sposób zaczął po prostu regularnie trafiać. Możesz zacząć nawet od czegoś prostszego niż normalnie, ale przypomnieć mu jak to jest kiedy punkty zaczynają wpadać.

Na moim stanowisku musisz oczywiście śledzić ich sytuację klubową, ale też obserwować ich język ciała, reakcje. No i po prostu z nimi rozmawiać. 

Co każdy młody koszykarz jest w stanie robić sam, co najbardziej pomoże mu w przyszłości? Jakie proste ćwiczenia będą najlepsze?

Jest tego całkiem dużo. Myślę, że najłatwiejsza jest nauka kozłowania. W internecie jest mnóstwo poradników i przykładów ćwiczeń i chociaż niektóre z nich nie są najlepsze, to jednak powtórzenia zawsze zrobią swoje. Chodzi przede wszystkim o robienie czegoś z piłką i kontrolowanie jej, naukę panowania nad nią. Reszta jest zupełnie drugorzędna.

Na pewno samemu można też dbać o swoje ciało. To co mówiłem wcześniej, że Amerykanie często są lepsi w kreowaniu przewagi indywidualnie, wynika też właśnie z ich przewag fizycznych. Na siłownię zawsze można chodzić samemu, rozwijać się tam też pod kątem stricte koszykarskim. Najlepsi młodzi zawodnicy z jakimi pracowałem po sezonie wakacyjnym i przerwie od koszykówki wracali jako zupełnie inni ludzie. Byli dużo silniejsi, więksi i pewniejsi tego, co chcą robić dalej. My mogliśmy skupiać się już tylko na koszykówce. Czasem praca siłowa może być nawet lepsza niż samo granie.

Z kolei jeśli masz chociaż jedną osobę ze sobą, możesz trenować rzucanie. W pojedynkę jest to znacznie trudniejsze, ale we dwojkę można już prawie wszystko. 

Jak wygląda wejście zawodników do nowego środowiska w Stanach – pierwsze miesiące w NCAA, czy wręcz w samej NBA?

Niezależnie od wszystkiego innego na pewno trzeba zorientować się, gdzie wskoczyłeś, zobaczyć kto ma w nowym miejscu decydujące zdanie, komu można zaufać. Dobrze wiedzieć kto jest tu dzięki układom, a kto jest naprawdę dobry. W NCAA, ale też w G League jest naprawdę mnóstwo talentu, wielu z tych ludzi bez problemu poradziłoby sobie w Europie.

Część nie wyjeżdża, bo nie chce zaryzykować – boją się zmiany, kraju, kultury, jedzenia. Potwierdzam – w Europie nie jest aż tak źle! Od początku było mi tu dobrze, w żadnym kraju nie miałem wielkich problemów z dogadywaniem się.

Jeśli chodzi o wchodzenie do samego NBA, to oczywiście większość młodych zawodników jest przyzwyczajona do roli najlepszego zawodnika w drużynie. Wchodzą do NBA i nagle okazuje się, że obok nich jest w ekipie jeszcze 15 takich najlepszych zawodników. Nikogo już nie obchodzi kim byłeś i skąd się wziąłeś, liczy się już wyłącznie maksymalizacja sukcesu drużyny w przyszłości. Wtedy przechodzimy właśnie do treningu indywidualnego. Indywidualny talent i zdobywanie punktów to coś, co zapewne doprowadziło cię do NBA, ale to co cię w niej utrzyma to już zupełnie co innego.

Wielu młodych musi natychmiast się przestawić i przypomnieć podstawy. Rzuty stacjonarne, dobra obrona, bieganie do kontry, zastawianie i zbiórka. Jeśli grasz z Luką Doncicem nie będziesz miał piłki w rękach, więc musisz robić inne rzeczy. Czasem powtarzam, że w NBA niekoniecznie mamy 400-500 najlepszych graczy na świecie. Solidny rezerwowy z większości drużyn w wielu przypadkach nie byłby wielką gwiazdą w Eurolidze, bo nie do tego był szkolony. W NBA wszystko zaczyna się od czystego talentu, ale z czasem zamienia się raczej w dopasowanie do siebie nawzajem. 

Z kolei jeśli Amerykanin wyjeżdża na inny kontynent jest jeszcze ciężej, bo dochodzą wszelkie aspekty kulturowe. Wiele klubów poza Stanami wydaje naprawdę spore pieniądze właśnie na ułatwienie graczom z USA dopasowania się do nowego środowiska. Kiedy pracowałem z Japonii często widziałem u innych problemy żywieniowe. Podstawowym mięsem jest tam wieprzowina, bardzo rzadko spotyka się coś innego, nie mówiąc np. o opcjach wegetariańskich. Szczególnie w mniejszych ośrodkach czasami nie ma alternatywy, a nie wszystkim to odpowiada, choćby ze względów kulturowo-religijnych. W

iększość osób w Japonii nie mówi też po angielsku. W innych krajach też się to zdarza, ale wiele kojarzy chociaż podstawy, a tam przy prostych pytaniach ludzie patrzą jakbyś spytał jaki jest pierwiastek z miliona. W wielu krajach poza Stanami widać osoby w innym kolorze skóry też może powodować zdziwienie. To zupełnie normalne, bo w małych miastach w Europie osoba przyjeżdżająca ze Stanów, która nie jest biała, może być jedynym takim przypadkiem w całej okolicy. Dla zawodników to nie zawsze jest komfortowe, kiedy wymownie patrzy się na ciebie prawie każdy. 

A jak patrzy się w Stanach na wyjeżdżanie z kraju dla gry w koszykówkę? To wciąż jest traktowane trochę jak porażka?

To faktycznie bywa skomplikowane… Na początku na pewno się takie myślenie się zdarza. Szczególnie jeśli już poczułeś NBA, zostałeś wybrany z wysokim pickiem draftu, przejście do Europy bywa bolesne. Z drugiej strony to chwilowe, bo po paru miesiącach wszystko się zmienia. Widzisz, że poziom gry jest naprawdę dobry, a poziom życia na pewno nie gorszy niż w Stanach. Zaczynasz to lubić!

Najlepsi zawodnicy z Euroligi bez problemu mogliby grać w NBA, ale wolą mieć większą rolę tutaj. To też kwestia wyboru pod katem roli – w Europie masz więcej opcji, więcej rozgrywek i zwykle znajdzie się dla ciebie pozycja, której w NBA nikt by ci nie dał. Ludzie w Stanach też powoli zaczynają to rozumieć, ich podejście do europejskiej koszykówki się stopniowo poprawia. 

Jarosław Jankowski, Jimmy Rhoades i Rafał Juć / Fot. Fundacja Next Draft